piątek, 27 grudnia 2013

Impact (niekoniecznie factor)

Otrzymałem ostatnio list, w którym jakieś podejrzane czasopismo (poszukujące kogoś, kto by coś do niego za darmo napisał), chwaliło się jakimś dziwnym współczynnikiem "ICV Impact Factor". Po szybkim wygooglaniu okazało się, że chodzi o polski "Index Copernicus value", który sam w sobie byłby może i niegłupim pomysłem, gdyby wystartował ze 20 lat temu (ciekawie, a w zasadzie nieciekawie, napisano o ICV i innych indeksach na stronach Scholarly Open Access poświęconych otwartym źródłom). Z drugiej strony Impact Factor posiada jako miernik naukowoznawczy parę minusów, jak zresztą każdy miernik. Skądinąd wiadomo zresztą, że liczba cytowań mocno zależy od dyscypliny, jak również od zakresu badań, stąd łatwiej o cytowania czasopismu poświęconemu biologii niż - powiedzmy - literaturze estońskiej. Z tym, że tworzenie kolejnych współczynników i indeksów wydaje się tu być lekarstwem jedynie częściowo skutecznym (pod warunkiem, że będą to indeksy poważne, a nie tworzone do celów - dajmy na to - zrobienia szybkiego biznesu).
Z drugiej strony, to że ktoś zacytował rzeczywiście może świadczyć o tym, że przeczytał i jeszcze na dodatek, po przeczytaniu, uznał za warte uwagi, więc jest to jakaś informacja zwrotna. Na przykład (choć oczywiście cytowania w pracach dyplomowych "się nie liczą" do żadnych celów - ani oceny czasopisma, ani oceny jednostki ani oceny autora), muszę przyznać się, że cieszę się (i zastanawiam się nad pozytywnymi aspektami globalizacji), kiedy widzę, że ktoś czytał artykuły mojego współautorstwa na dalekim Tajwanie, na uniwersytecie Tatung, czy na (bliższej) Sorbonie, no bo w końcu pisze się po to, żeby ktoś czytał...
....to znaczy nie zawsze, czasem się pisze po to, żeby było napisane (ale to już po pierwsze cytat z Kałużyńskiego, a po wtóre temat na zupełnie inne rozważania).