piątek, 27 grudnia 2013

Impact (niekoniecznie factor)

Otrzymałem ostatnio list, w którym jakieś podejrzane czasopismo (poszukujące kogoś, kto by coś do niego za darmo napisał), chwaliło się jakimś dziwnym współczynnikiem "ICV Impact Factor". Po szybkim wygooglaniu okazało się, że chodzi o polski "Index Copernicus value", który sam w sobie byłby może i niegłupim pomysłem, gdyby wystartował ze 20 lat temu (ciekawie, a w zasadzie nieciekawie, napisano o ICV i innych indeksach na stronach Scholarly Open Access poświęconych otwartym źródłom). Z drugiej strony Impact Factor posiada jako miernik naukowoznawczy parę minusów, jak zresztą każdy miernik. Skądinąd wiadomo zresztą, że liczba cytowań mocno zależy od dyscypliny, jak również od zakresu badań, stąd łatwiej o cytowania czasopismu poświęconemu biologii niż - powiedzmy - literaturze estońskiej. Z tym, że tworzenie kolejnych współczynników i indeksów wydaje się tu być lekarstwem jedynie częściowo skutecznym (pod warunkiem, że będą to indeksy poważne, a nie tworzone do celów - dajmy na to - zrobienia szybkiego biznesu).
Z drugiej strony, to że ktoś zacytował rzeczywiście może świadczyć o tym, że przeczytał i jeszcze na dodatek, po przeczytaniu, uznał za warte uwagi, więc jest to jakaś informacja zwrotna. Na przykład (choć oczywiście cytowania w pracach dyplomowych "się nie liczą" do żadnych celów - ani oceny czasopisma, ani oceny jednostki ani oceny autora), muszę przyznać się, że cieszę się (i zastanawiam się nad pozytywnymi aspektami globalizacji), kiedy widzę, że ktoś czytał artykuły mojego współautorstwa na dalekim Tajwanie, na uniwersytecie Tatung, czy na (bliższej) Sorbonie, no bo w końcu pisze się po to, żeby ktoś czytał...
....to znaczy nie zawsze, czasem się pisze po to, żeby było napisane (ale to już po pierwsze cytat z Kałużyńskiego, a po wtóre temat na zupełnie inne rozważania).

sobota, 7 września 2013

Projekt założeń projektu

Po raz kolejny (bodaj już piąty za mojej pamięci) mówi się o nowym projekcie ustawy o biegłych sądowych (dokładniej o projekcie założeń projektu ustawy). Tym razem mowa o projekcie z lipca 2013, który trafił do konsultacji społecznych, ponieważ do mnie nie trafił (ani do żadnej z organizacji, których jestem członkiem), opieram się na tym, co pisze prasa, a piszę u siebie na blogu, sobie a muzom. Oczywiście szansa, że coś z tego wyjdzie jest mniej-więcej taka sama jak za poprzednimi (czterema albo coś koło tego) razami, ale można się temu projektowi (założeń projektu) przyjrzeć, bo sprawa przecież jest istotna.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to - dość charakterystyczna dla projektów rządowych tendencja, żeby wprowadzać przepisy nie zmieniające zbytnio stanu zastanego. I tak Ministerstwo pisze na przykład:  
"Projekt zakłada przyznanie prawa posługiwania się tytułem „biegłego sądowego” jedynie osobom wpisanym na listę biegłych sądowych. Posługiwanie się tytułem będzie dopuszczalne wyłącznie przy wykonywaniu czynności na zlecenie uprawnionego podmiotu oraz w związku z podawaniem informacji o jego posiadaniu do informacji publicznej (np. na stronach internetowych, w notach biograficznych, życiorysach).".
Dziś dla odmiany biegły sądowy może używać tego tytułu tylko wówczas, gdy sporządza opinie dla określonego w przepisach kręgu podmiotów (Naczelny Sąd Administracyjny, orzeczenie z dnia 20.08.1998 r. - sygn. akt II SA 992/98). Pozornie jest tu więc rozszerzenie możliwości używania informacji o "byciu biegłym" w życiorysach, jakkolwiek i dziś nie jest to de facto zabronione (boż informacja o byciu wpisanym na listę biegłych nie jest tajna, można o tym pisać w życiorysie, byle nie mówić "jestem biegłym", ale "zostałem wpisany na list biegłych Sądu Okręgowego w X"). 
Podobnych sytuacji (gdzie założenia projektu powtarzają istniejące ustawy, rozporządzenia, praktykę orzeczniczą itd.) jest sporo (powoływanie biegłych na pięcioletnią kadencję - dziś na pięcioletnią kadencję, przez Prezesa Sądu Okręgowego - dziś przez Prezesa Sądu Okręgowego itd.). Z jednej strony można taką tendencję ocenić pozytywnie (jako uporządkowanie rozmaitych kwestii aktem rangi ustawowej), z drugiej - niekoniecznie (bo jak pokazuje życie łatwiej zmienia się wykładnia niż ustawa, a więc stan przyjęty ustawą będzie niejako zacementowany na lata, co nie zawsze jest rozwiązaniem idealnym). Osobiście nie mam na ten temat zdania (przynajmniej na poziomie projektu założeń do projektu). Jak to mówił Talleyrand: "zechciejcie zrozumieć, że ja nie pochwalam ani nie potępiam, ja opowiadam".
Jako wręcz groźne odbieram natomiast proponowane rozluźnienie wymogu niekaralności kandydata na biegłego (dotychczas w ogóle, w projekcie tylko "za umyślne przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego lub umyślne przestępstwo skarbowe"). Warto zwrócić uwagę, co to są przestępstwa nieumyślne. Otóż formami winy nieumyślnej są: 
  • lekkomyślność (gdy sprawca świadomie narusza zasady ostrożności, przewiduje możliwość popełnienia czynu ale spodziewa się, że go uniknie) 
oraz
  • niedbalstwo (gdy sprawca nie przewiduje możliwości popełnienia czynu zabronionego, chociaż powinien i mógł to przewidzieć). 
Jak rozumiem takie rozluźnienie przepisów dopuści do wykonywania czynności biegłego osoby lekkomyślne i niedbałe ("znam się na elektrowniach atomowych, już dwie przez moje niedbalstwo wyleciały w powietrze"). Sędziom gratulujemy (przyszłych) biegłych.
Dziwacznym rozwiązaniem (skopiowanym bodaj ze Słowacji, gdzie biegli prowadzą repertoria) jest pomysł prowadzenia rejestrów przez biegłych: 
"Biegli sądowi zostaną zobligowani do prowadzenia rejestrów zawierających informacje na temat wydawanych opinii, które byłyby przechowywane przynajmniej przez okres równy kadencji biegłego. Powyższe rozwiązania pozwoli na szybkie i łatwe zasięgnięcie informacji o liczbie wydanych przez biegłego ekspertyz oraz ustalenie podmiotów, które je zlecały, celem np. uzyskania oceny co do jakości opinii."
Co miałoby w tych rejestrach być? Same numery spraw? Toż prościej nakazać sądom i prokuraturom informowanie właściwego Oddziału Administracyjnego Sądu Okręgowego, że Iksiński z listy biegłych tegoż SO został powołany w sprawie sygnatura akt taka-to-i-taka i prowadzić rejestr w Sądzie Okręgowym (zresztą zdaje się państwo nie powinno wymagać od obywatela danych, którymi samo dysponuje). Dane osobowe stron? To będą problemy z ochroną danych osobowych. Kopie opinii? A to już będą problemy z tajemnicą lekarską, służbową i pół tuzinem innych z państwową włącznie. Który biegły będzie prowadził w domu kancelarię tajną?
Co ciekawe, wpisu na listę biegłych nie będzie się łatwo pozbyć, bo prośba biegłego (o skreślenie z listy) ma być jedynie przesłanką do tego skreślenia. Już widzę przymuszanie przez sąd do wydania opinii, kogoś kto tego uczynić nie zechce, efekty będą w sam raz na komedię sytuacyjną ("No przecież mówię Wysokiemu Sądowi, że niekompatybilność kompilatorów może potencjalnie implikować uchybienie wymogom enkapsulacji i wymusić deheremtyzację kodu metaklasy i prościej tego nie jestem w stanie wytłumaczyć, może Wysoki Sąd znajdzie się ktoś, kto chce być biegłym").
No ale póki co jest to projekt założeń do projektu ustawy, co będzie dalej: poczekamy-zobaczymy, albo i - jak za poprzednimi (bodaj czterema) razami - nie.

wtorek, 25 czerwca 2013

Z dziada pradziada

Odznaka pamiątkowa I Pułku Łączności (podoficerska, numerowana) z Zegrza mojego Dziadka. Jest to wersja zatwierdzona Dz. Rozk. Ministerstwa Spraw Wojsk., nr 9, poz. 81z 18 marca 1929 roku. Wcześniejsza wersja zamiast stylizowanej jedynki miał orzełka bez korony (można ją obejrzeć tu). Wersja dla szeregowych wyglądała jak tutaj, natomiast wersji oficerskiej nie udało mi się nigdzie wygooglać. Parę informacji o 1 Pułku Łączności można znaleźć tutaj i tutaj.

środa, 29 maja 2013

Biegły jasnowidz

Gazeta Wyborcza napisała o powołaniu przez prokuratora na biegłego znanego jasnowidza i zamieściła zdjęcie (bodajże zresztą z tegoż jasnowidza strony) postanowienia o zasięgnięciu opinii biegłego.
Swojego czasu bodaj prof. Wójcikiewicz w swojej książce robił ankietę wśród bodaj sędziów i strażaków (pożarnych) na temat tego, kto w ich opinii może być biegłym (chodziło o to, że nie ma urzędowego katalogu specjalności biegłych i o zbadanie czy poglądy prawników w tym względzie różnią się w sposób istotny statystycznie od poglądów społeczeństwa). Tam - o ile pamiętam - też było pytanie o możliwość powołania specjalistów z zakresu jakichś form guślarstwa, no ale to był raczej taki żart w publikacji naukowej, przy okazji - zresztą ważkiego - problemu oceny dowodowej wartości ekspertyz poszczególnych nauk sądowych (ładnie o tym pisał w recenzji - zresztą krytycznej - prof. Winiecki).
Co przytomniejsi komentatorzy zauważyli, że tego rodzaju postanowienie wpisuje się w obowiązujące przepisy (a dokładniej - klasyfikację zawodów), które przecież sankcjonuje istnienie takich zawodów jak "astrolog" czy "wróżbita" (nota bene przyjęcie tej klasyfikacji było swojego czasu bezskutecznie oprotestowane przez kilkuset naukowców). Jeśli jest zatem zawód, to może być i biegły z jego zakresu, co wydaje się mieć sens (choć definicji biegłego nigdzie w polskim prawodawstwie nie ma i i nigdy nie było, jakkolwiek samo pojęcie pojawiło się bodaj już w statutach Łaskiego). Otóż można się spierać, czy może mieć miejsce powołanie biegłego w tak egzotycznym zakresie odnośnie do ustalenia zwyczajów czy praktyk panujących w środowisku osób zajmujących się jakąś działalnością, choćby i paranaukową, można też upierać się, że jeśli jakaś grupa osób czerpie korzyści majątkowe z uprawiania jakieś - choćby i irracjonalnej - działalności, to choćby dla celów statystycznych można tę działalność zaklasyfikować jako zawód, natomiast powołanie biegłego z zakresu paranauki do wyjaśniania rzeczywistości w oparciu o metody tejże (jakkolwiek znane w orzecznictwie uchwała SN z dnia 30.10.1985 sygn. akt SN III CZP 59/85) jest... no co tu zresztą pisać: jakie jest każdy widzi...

poniedziałek, 4 marca 2013

Pisz poprawnie

Chodzi sobie po FB taki obrazek propagujący poprawną pisownię kilku słów, między innymi "wziąć", "co najmniej" i "na co dzień". Niby ładnie, choć jakby się dobrze przypatrzeć, co zresztą napisałem wczoraj w jednym z komentarzy, na przykład Sienkiewicz pisał "wziąść" i do dziś - szanując pisarza - wydaje się Trylogię z taką właśnie pisownią. Co do "na co dzień" to rozłączne "co dzień" w tym wyrażeniu przyimkowym funkcjonuje w polszczyźnie dopiero od 1960 roku (zresztą przez pewien czas równolegle z "na codzień", o czym mądrze pisze Maciej Malinowski) , kiedy to reformatorzy zapewne oparli się na analogii do "co noc" czy "co rok", po reformie z 1936 roku (też zresztą kontrowersyjnej co najmniej) pisało się "na codzień" właśnie. A ta analogia nie jest dobra, bo nie robimy niczego "na co noc" tylko co najwyżej "co noc", mamy za to "codzienność", choć przecież - żeby być konsekwentnym - powinna być "co dzienność". Otóż właśnie - codzienność jest, a nie ma "conocności" (ani "co nocności", samej "nocności" też zresztą nie ma). Mamy coś na co dzień, to przecież znaczy tyle samo, co to że coś mamy codziennie (a nie "co dziennie"), a inne rzeczy przydarzają się nam rokrocznie (choć mogłyby "rok rocznie"). Wyrażeń przyimkowych, które stały się zrostami jest zresztą mnóstwo (zresztą samo "zresztą" jest takiego przykładem): dlaboga, donikąd, dotychczas, nadaremnie, naprawdę, naprzeciwko, naraz, nieomal, zazwyczaj, zgoła, znienacka... o właśnie: gołą nam się czasami zdarza widzieć, zwyczaje też różne znamy, omal też samodzielnie występuje, a "nienancka" nikt nie widział, nacka też zresztą nie (choć kojarzy się on z Negative ACKnowledgement, ale to tylko informatykom od sieci), ani samego "cka" :) Rozsądniejszy byłby więc - jak słusznie zauważa powołany wyżej Autor - raczej pełny zrost "nacodzień" (sam "codzień" w języku nie występuje, zupełnie jak "nienacek"). Tak czy inaczej miał ów "codzień" chyba pecha. Nie on jeden zresztą. Co najmniej "co najmniej" - z wymienionych powyżej wyrażeń - pisane było swego czasu łącznie (podobnie jak "conajwyżej").
Pech pechem, a ja bym był tolerancyjny w stosunku do archaizmów. W końcu język nie jest - na szczęście - własnością rad i komisyj i nie można zadekretować, że od dzisiaj Sienkiewicz pisał był błędnie.

środa, 20 lutego 2013

Wątpliwości okołopunktowe

Właśnie sobie tak z czczej ciekawości (bo nie jestem pracownikiem jednostki naukowej, pozostając naukowcem niejako hobbystycznie) zajrzałem do Rozporządzenia MNiSW w sprawie kryteriów i trybu przyznawania kategorii naukowej jednostkom naukowym i z tego co tam widzę są różne kryteria punktowe dla różnych grup nauk (pominę już to, że te grupy nauk są cokolwiek inne niż we wspomnianym tutaj wcześniej Rozporządzeniu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 8 sierpnia 2011 r. w sprawie obszarów wiedzy, dziedzin nauki isztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych, bo to nieznaczący szczegół). W szczególności w grupach Nauk Humanistycznych i Społecznych oraz o Sztuce i Twórczości Artystycznej wymienione są explicite publikacje w "czasopiśmie znajdującym się w bazie European Reference Index for the Humanities (ERIH), wymienionym w części C wykazu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, o której mowa w § 14 ust. 3 pkt 3 rozporządzenia – punktacja wg wykazu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego" oraz "w innym zagranicznym czasopiśmie naukowym, w języku podstawowym w danej dyscyplinie naukowej lub językach: angielskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, rosyjskim lub włoskim – 4 pkt" natomiast w grupach Nauk o Życiu oraz Nauk Ścisłych i Inżynierskich zamiast tych dwóch rzeczy jest "Publikacja w recenzowanych materiałach z konferencji międzynarodowej, uwzględnionej w Web of Science, o których mowa w § 8 ust. 1 pkt 5 rozporządzenia. Liczba punktów odpowiada najwyżej punktowanej publikacji w czasopiśmie naukowym krajowym nieposiadającym współczynnika wpływu Impact Factor (IF), wymienionym w wykazie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, o którym mowa w § 14 ust. 3 pkt 2 rozporządzenia" (to są załączniki 4, 5, 6, 7 do rozporządzenia, a ta tajemnicza liczba punktów to obecnie 10). 
Mówiąc po ludzku: jeśli jesteś pracownikiem wydziału, który rozlicza swój dorobek w grupie nauk ścisłych (powiedzmy - statystykiem pracującym na wydziale matematyki), to za publikację na konferencji, której materiały są indeksowane w Web of Science Twój wydział dostanie 10 punktów, ale jeśli jesteś pracownikiem jednostki, która uprawia nauki społeczne (dajmy na to statystykiem w Akademii Ekonomicznej), to punktacja ta przyniesie Twojej jednostce okrągłe zero Twojej jednostce.
Za to dla odmiany publikacja w zagranicznym piśmie po angielsku (dajmy na to w anglojęzycznym biuletynie Wyższej Szkoły Tego i Owego w Patagonii) liczyć się będzie tej drugiej jednostce  za 4 punkty a tej pierwszej - za zero. Hmmm... oczywiście istnieje szansa, że się pomyliłem i czegoś nie zrozumiałem, ale jeśli nie, to ta konstrukcja jest dziwaczna (pomijając już zagadnienie samej listy ERIH, o którym dużo i mądrze pisał Emanuel Kulczycki na swoim blogu). Wiadomo przecież, że nauki społeczne potrzebują metod ilościowych, podobnie jak na przykład nauki o bezpieczeństwie potrzebują nauk inżynierskich czy prawo potrzebuje kryminalistyków znających się na chemii, mechanice czy informatyce. Co więcej - istnieje tendencja, żeby w szkołach i na wydziałach nauk społecznych czy humanistycznych utrzymywać zakłady czy katedry dla specjalistów od nauk ścisłych (a na politechnikach zakłady humanizujące przyszłych inżynierów). Tendencja słuszna, bo przecież inne testy statystyczne stosuje się w medycynie a inne w ekonomii, inaczej uczy się korzystania z komputerów przyszłego prawnika a inaczej budowlańca, również inne aspekty socjologii mogą być istotne dla przyszłego żołnierza a inne dla przyszłego nauczyciela rysunku technicznego. Tyle, że przy takich zasadach oceny parametrycznej te "egzotyczne" zakłady nie mają szansy przynosić rozsądnego dorobku swoim jednostkom, ewentualnie jeśli to robią to w drodze publikacji w miejscach, które są dla ich pracowników co najmniej dziwaczne. No i dochodzą do tego jeszcze problemy z publikowaniem z kolegami z innego wydziału czy uczelni. Tradycyjnie wdzięczny byłbym za oświecenie gdzie się mylę i czego nie zauważyłem.

piątek, 1 lutego 2013

Na marginesie opublikowanej niedawno informacji o o Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego

Kiedyś liczyłem kodeksy etyczne w Polsce i było to doświadczenie wstrząsające: Google potrafi zaskoczyć nas Kodeksem Etycznym Pracowników Starostwa Powiatowego w Drawsku Pomorskim, a ze środowisk naukowych: kodeksem AGH, PANu, NCBiRu, WSZiP, UE w Katowicach itd itp. Liczyłem te kodeksy przy okazji opracowywania Kodeksu Informatyka przez Polskie Towarzystwo Informatyczne, którego uchwaleniu byłem zresztą przeciwny, ale bezskutecznie.
Na marginesie marginesu: jedyne co mi się udało, to dodanie wstawienia słowa "nieuprawnionego" w punkcie 6 ("Informatycy nie podejmują się nieuprawnionego naruszania integralności systemów informatycznych jakichkolwiek podmiotów"), przez co uratowałem moralność wszystkich informatyków śledczych i speców od bezpieczeństwa, co uważam za swój wiekopomny wkład w etykę stosowaną :).
Sama liczba kodeksów (167 tysięcy stron na zapytanie "Kodeks etyczny") musi świadczyć o tym, że z etyką w Polsce jest po prostu tragicznie (na tej samej zasadzie, na której historycy liczbę dokumentów z danej epoki grożących sankcjami za takie czy inne zachowanie, przyjmują za miarę rozpowszechnienia potępianego zjawiska, boż nikt by nie pisał stosu dokumentów o czymś, co nie występowało), jak również że nie mogą one być traktowane poważnie (albo etyka środowiskowa jest zgodna z zasadami jakiejś etyki bardziej uniwersalnej, stanowiąc po prostu jej wykładnię w jakichś szczególnych przypadkach, żeby skrupulant nie musiał się zastanawiać ile razy należy umyć talerz, żeby to było wystarczająco odpowiednie dbanie o higienę i zdrowie użytkownika talerzy, albo jest to jakiś humbug, bo nie ma kilkuset etyk ogólnych, żeby każde przykładowe przedsiębiorstwo produkcji szczotek do butów mogło sobie wybrać inną i ją twórczo implementować do swojej dziedziny tworząc kilkadziesiąt merytorycznie nietożsamych etyk szczegółowych pracownika producenta szczotek do butów). Obawiam się że owe kodeksy etyczne w większości nie przetrwają próby czasu. Ale historia pokaże. Na obrazku zdjęcie z zasobów Wikipedii - stela z KodeksemHammurabiego z Luwru (CC) I, Sailko.

wtorek, 22 stycznia 2013

Jak to jest?

Kto mi powie, jaka jest legalna definicja informatycznego nośnika danych oraz systemu teleinformatycznego? No bo tak: o ile się nie mylę (a mogę, bo nie jestem prawnikiem) ustawa z dnia 4 września 2008 r. o zmianie ustaw w celu ujednolicenia terminologii informatycznej (Dz. U. Nr 171 z dnia 23 września 2008 r.) w swoim pierwszym artykule wprowadza do szeregu ustaw cztery pojęcia "informatyczny nośnik danych", "dokument elektroniczny", "system teleinformatyczny" oraz "środki komunikacji elektronicznej" użyte w art. 3 pkt 1-4 Ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne (Dz. U. Nr 64, poz. 565, z 2006 r. z późn. zm.).
Ustawa o informatyzacji z kolei zawierała podówczas definicje informatycznego nośnika danych i dokumentu elektronicznego, zaś co do systemu teleinformatycznego i środków komunikacji elektronicznej odsyłała do Ustawy z 18 lipca 2002 o świadczeniu usług drogą elektroniczną. I wszystko było (w 2008 roku) jasne, ale w 2010 znowelizowano Ustawę o informatyzacji. Teraz zawiera ona inną niż pierwotna (ta z 2005) definicję informatycznego nośnika danych (skreślono słowa "lub analogowej" - mowa o postaci danych przechowywanych na tym nośniku) i własną definicję systemu teleinformatycznego (niemal zresztą identyczną z tą z ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, ale powołującą się na nieco inną wersję Prawa Telekomunikacyjnego, które zresztą też się w międzyczasie znowelizowało). W zasadzie główny problem jest z tym informatycznym nośnikiem danych, no bo jego definicja legalna może mieć wpływ na przykład na to czy jakiś czyn spełnia ustawowe znamię zawarte w dyspozycji art 268 par 2 KK. Pytanie zatem: czy zmiana w ustawie o informatyzacji automagicznie importuje się do ustawy terminologicznej a za jej pośrednictwem wpływa na trzydzieści ustaw, które ustawa ujednolicająca zmieniała, czy może - mimo nowelizacji w ustawie o informatyzacji - należy się posługiwać (na przykład czytając KK) - "starą" definicją, bo ustawa ujednolicająca zawierała explicite odwołanie do ówczesnego brzmienia ustawy o informatyzacji ("wprowadza"), a nie "powiązanie dynamiczne" (np. "ilekroć jest mowa o.... należy stosować zawsze definicję z najnowszej wersji ustawy..."). W informatyce to by było pytanie czy dziedziczenie jest polimorficzne czy homomorficzne... Czy jest na sali jakiś prawnik?
-->
Update: Prawnik na sali był. Dziedziczenie jest ponoć polimorficzne, czyli na przykład zmiana w prawie telekomunikacyjnym (które jest powołane, tam gdzie mowa o systemie teleinformatycznym), może za sobą pociągnąć zmianę rozumienia pojęcia w ustawie o informatyzacji, a to - poprzez ustawę ujednolicającą - będzie miało wpływ na przepisy na przykład ustawy o wyrobie napojów spirytusowych oraz o rejestracji i ochronie oznaczeń geograficznych napojów spirytusowych. A w zasadzie nie tyle na przepisy co na ich rozumienie...

środa, 9 stycznia 2013

Informatologia


-->
Czytam sobie ostatnio Rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 8 sierpnia 2011 r. w sprawie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych (Dz.U. 2011 nr 179 poz. 1065). Jest to jedno z rozporządzeń, które pojawiły się w ramach ostatniej reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Przed reformą kwestią klasyfikacji dyscyplin naukowych zajmowała się Centralna Komisja ds Stopni i Tytułów, po - Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W rozporządzeniu tym pojawia się informatologia (w obszarze nauk humanistycznych, w dziedzinie nauk humanistycznych mamy dyscyplinę naukową „bibliologia i informatologia”; we wcześniejszej klasyfikacji dyscyplin naukowych określonych wspominaną Uchwałą Centralnej Komisji figurowała jedynie "bibliologia"). Jakkolwiek ten neologizm zdaje się być zapożyczeniem z chorwackiego, a jest tak świeży, że milczy o nim Słownik Języka Polskiego, to - jak sądzę - bardzo dobrze się stało, że jakaś nazwa na - nieszczęśliwe, choć ugruntowane i w innych językach (angielskie „information science” ) określenie "informacja naukowa" się znalazła. Może wreszcie niektórzy przestaną mylić informację naukową (informatologię) z informatyką. Jak również z informacjonizmem, informacjonalizmem, czy infologią. A może nie.


sobota, 5 stycznia 2013

O wierze, autentyczności, perfidii, Platonie i doktorze Piotrze Roizjuszu

W polskiej wersji normy ISO/IEC 27001 (i nie tylko) słowo "authentication" tłumaczone jest poprzez "uwierzytelnienie" i takie tłumaczenie weszło do polskojęzycznej literatury przedmiotu (nie wspomnę o "autenty[fi]kacji", bo to jest błąd językowy, dokładniej - galicyzm  fr. "authentification"). Na pierwszy rzut oka "uwierzytelnienie" wydaje się być tłumaczeniem kontrowersyjnym (jak się okaże poniżej - na drugi rzut oka już mniej, ale jeśli ktoś ma lepszy pomysł, to zapraszam do zgłaszania), bowiem "uwierzytelnić" oznacza (zob. w Słowniku Języka Polskiego) przede wszystkim "uczynić coś wiarygodnym" (choć i znaczenie informatyczne SJP zauważa), a w stronie zwrotnej "uwierzytelnić się", to już tylko i wyłącznie "okazać się wiarygodnym". A od wiarygodności do autentyczności (bo przecież "autentication", to nic innego jak upewnienie się co do autentyczności) droga wydaje się być daleka. Nie raz wiarygodny - na pierwszy rzut oka - środek dowodowy okazuje się niewystarczający do potwierdzenia autentyczności jakiegoś - dajmy na to - dzieła sztuki, które okazuje się być nie autentykiem ale falsyfikatem. Poza tym wiara (czyli - jak wiadomo od czasów św. Tomasza - akt rozumu dokonany pod naciskiem woli, polegający na uznaniu za prawdziwe zdania, w które się wierzy, np., że ten obraz rzeczywiście namalował Matejko) jest aktem podmiotu (tego, który wierzy albo i nie), a nie przedmiotu (który jest autentyczny albo autentyczny nie jest, niezależnie od tego, co sobie ten, czy ów na ten temat sądzi).

Ale czy na pewno (tj czy na pewno od wiarygodności do autentyczności jest daleko, bo po drodze była dygresja)? Otóż polskie "wierzyć" pochodzi, ni mniej ni więcej, tylko od łacińskiego "vere" (i słusznie Słownik Języka Polskiego w pierwszym znaczeniu podaje, że "wierzyć", to "uznawać coś za prawdę"), poprzez spolszczone "wierę" (kto nie wierzy niech przypomni sobie fraszkę o doktorze Hiszpanie, czyli tytułowym Piotrze Roizjuszu, Jana Kochanowskiego). Samo "vere" to przecież nic innego jak "zaprawdę" (jak w prefacji), bo "veritas" to po prostu "prawda".

Za to oczywiście "wierzę" po łacinie to "credo" (choć "wiara" przełożymy na łacińskie "fides" również, gdy chodzi o takie wyrażenia jak "działanie w złej wierze" czy "wiarołomstwo" czyli po polsku "perfidia" od "perfidus", czyli przewrotność) od czego pochodzi znany informatykom "credential" a zatem coś, co służy do poświadczenia jakichś - uwaga - uprawnień (powiedzielibyśmy w informatyce, że do autoryzacji). Co ciekawe po polsku, pojęcie "kredencjał" funkcjonuje (choć póki co raczej nieinformatycznie) natomiast "letter of credence" to - w naszym trudnym języku - "listy uwierzytelniające", choć nie tyle one uwierzytelniają (w sensie informatycznym) ambasadora, co pozwalają na stwierdzenie jego autoryzacji do pełnienia swojej misji.

Trudne to, bo przecież  autoryzacja pochodzi po polsku od "autor", a - odwołując się do przykładu podanego powyżej - za autentyczne uznajemy dzieło, którego autorem jest rzeczywiście ten, kto się jako jego autor podpisał. "Dzieło autorskie" (jak mówią prawnicy) ma być przecież nie autoryzowane, ale autentyczne właśnie. Autoryzowany to może być wywiad. A w informatyce - powtórzmy - autoryzacja to funkcja, która potwierdza, czy dany podmiot jest uprawniony do korzystania z żądanego zasobu. I - żeby było trudniej - z autorem tegoż zasobu autoryzacja ma niewiele wspólnego. Ani z jego autentycznością. I to już zupełnie niedobrze, bo starogreckie  αυθέντης (authéntēs), to tyle co "sprawca" (a nawet "morderca", co może budzić interesujące konotacje wśród przeciwników prawa autorskiego), czyli ten który coś zrobił sam - αὐτός (autos). Od czego pochodzi oczywiście również αυθεντικός (authentikós).

Ciekawe jak sobie Platon radził z uwierzytelnianiem i autoryzacją... Czy może ktoś dysponuje tłumaczeniem normy ISO/IEC 27001 na starogrecki?